Wcześniej 11-12 lat temu miałem wieżę z pudełek po zapałkach(normalnych i takich długich), minusy to wygląd jak z głębokiego PRL, pudełka nie zawsze się wysówają ja należy "szufladka się gniecie", a dźwięk i uczucie przy jej wysówaniu jak się zacina doprowadzałý mnie do dreszczy + dużo pustej przestrzeni. Kupuj i sprzedawaj Modele samochodów w skali 1:4 z pudełka po zapałkach na Catawiki. Odkrywaj aukcje Modele samochodów w skali 1:4 z pudełka po zapałkach po brzegi wypełnione wyjątkowymi przedmiotami, wybranymi przez naszych ekspertów. _ PUDEŁKO PO ZAPAŁKACH _GOLASKI_ AKT KOBIECY _PRL_. 30, 00 Etykiety z drewnianych pudełek po zapałkach z PRL-26%. 190,00 zł Ebook + audiobook Szczęście w pudełku po zapałkach, Ewelina Maria Mantycka. EPUB,MOBI,MP3. Wypróbuj 3 dni za darmo lub kup teraz do -50%! Jak zrobić mały samochód z tektury - krok po kroku. Pudełko Laminowane 180x180x40mm Czerwone 4,50. Zestaw Pudełek Okrągłe Motyl 3D Czarne (3 szt) 60,00. Szafka na elementy z pudełek po zapałkach. Witam. Chcę się pochwalić moją szafką na elementy wykonana z pudełek po zapałkach (w sumie 154). Moja szafka ma 112(8 kolumn) małych szufladek o wymiarach pudełka po zapałkach(15x35mm) 7 średnich-sklejone ze sobą 2 pudełka(obklejone taśmą) i wycięte środki 7 dużych-sklejone ze sobą Kram z pomysłami - z pudełek po zapałkach • 3. dokumenty w szkole • pliki użytkownika renata.misia przechowywane w serwisie Chomikuj.pl • świąteczne z pudełek.jpg, zwierzęta z pudełek.jpg Tłumaczenia w kontekście hasła "niczym pudełko po zapałkach" z polskiego na angielski od Reverso Context: Nie włożę cię do ziemi niczym pudełko po zapałkach. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Materiały do wyrobu trumien są bardzo różnorodne. Wszystko zależy od pomysłów i narzędzi rzemieślnika. Poniżej wymieniono materiały, z których z reguły wykonywano szkatułki, a także prowadzono kursy mistrzowskie na temat zawiłości wykonania szkatułki z różnych materiałów. Tak więc, zasadniczo, trumny są wykonane z: Karton Jeśli pudełko stanie na tej powierzchni od której odpala się zapałki – 3 punkty. Jeżeli pudełko stanie na sztorc – 5 punktów. b) Do tej zabawy podczas urodzin lub kinder balu potrzebna jest wykałaczka i same szufladki pudełka od zapałek. Prowadzący rozrzuca kilka szufladek na stole tak, aby ich wnętrze było skierowane do góry. VhoG. Poradnik dodany przez: wladziohmurka 133843 Ta zabawka ma świetny efekt i jest bardzo prosta w wykonaniu. Jest to zabawka dla dzieci, coś na kształt puzzli, takiej układanki ale nie do końca. Po prostu sami zobaczcie. Składniki: 1. Klej w sztyfcie 2. Linijka 3. Pudełko zapałek 4. Nożyczki 5. Jakiś obrazek 6. Flamastry 7. Klej do drewna Do poradnika Jak zrobić z pudełka zapałek fajną zabawkę przypisano następujące tagi: zabawka puzzle zapałki zabawki układanka gadżety zabawkę dla dzieci pudełko zapałek pudełka zapałek zabawki diy Wszyscy wiemy, że nie jest kolorowo, ale pogarszająca się sytuacja ma swoje małe plusy. Np. wygląda na to, że koronawirus zdemolował bańkę spekulacyjną związaną z autami znanymi z czasów PRL. Tanieją zresztą nie tylko polskie kanty, ale i kupowane niegdyś za dolary Fiaty 132 czy 131, a także pozostałe youngtimery z Turynu. Jaki klasyczny Fiat dziś wpadnie mi w oko? Fakt, warunki do kupowania samochodów nie są obecnie najlepsze. Chyba że trafimy na życzliwego właściciela i całą transakcję załatwimy bez wychodzenia z domu, odbierając auto bezkontaktowo, przywiezione na lawecie. Jeśli to będzie niewykonalne, to nie ma się czym martwić, można spokojnie planować zakupy na czas, kiedy sytuacja się poprawi. Ceny klasyków nieprędko znowu zaczną rosnąć. Moja toksyczna miłość do wytworów fiatopodobnych jest powszechnie znana. Mimowolnie przynajmniej raz w tygodniu sprawdzam oferty 125p i Polonezów. Dzięki temu zaobserwowałem rozpoczynający się spadek ich cen, który ciągnie za sobą w dół także wartość włoskich Fiatów. W sumie zawsze chciałem mieć prawdziwego Włocha, a nie polską podróbkę. Nadchodzi dobry czas by wreszcie spełnić marzenie. Chyba że kryzys pozbawi mnie źródeł dochodu. Sedan jest król nadwozi jak lew jest król dżungli. Wiem, red. prow. nie ma zbyt wysokiego mniemania o samochodach, w których zmarnowano sporo przestrzeni by uzyskać lepszy wygląd. Mnie to nie przeszkadza, rzadko kiedy potrzebuję by auto było pakowne. Ot, zaleta życia kawalera. Za to jestem fanem wozów, które wyglądają jak ułożone z pudełek po zapałkach, a Fiat swego czasu przodował w takich konstrukcjach. Najwyżej na liście moich wymarzonych włoskich sedanów jest Fiat Argenta. To takie zmodernizowane, bardziej plastikowe i kwadratowe 132. Nie spotyka się go zbyt często w ogłoszeniach, nawet we Włoszech nie należy do popularnych klasyków. Na szczęście jednego da się kupić w Polsce, na oko w ładnym stanie, za uczciwe niecałe 24 tys. zł. Ma wszystko to, co lubię. Plastikowe, blaknące ozdoby na zewnątrz i piękną, kwadratową deskę rozdzielczą ze średnio spasowanymi elementami. Do tego legendarny silnik DOHC, najprawdopodobniej z wtryskiem. Ależ bym jeździł. Zrzut ekranu z ogłoszenia na OLX. Na tym nie koniec nietypowych Fiatów sedanów. Za 17,5 tys. zł możemy kupić 124 Special z automatyczną skrzynią biegów. Wóz został ściągnięty z Włoch i wydaje się być w bardzo dobrym stanie. Fakt, w ogłoszeniu znajdziemy zdjęcia ekranu zrobione telefonem, czy podwójny znak wodny na ostatniej fotografii, ale samochód zdaje się być godny uwagi. Fiaty 124 Special to rzadkość w naszym kraju, tym bardziej z automatem. To może być też sekret, czemu ten egzemplarz tak długo wisi. Mało kto u nas jest zainteresowany tym modelem. Większość ludzi na jego widok i tak będzie mówić coś w stylu „ale ładny/a Duży Fiat/Łada”. Może coś bardziej standardowego? Jeśli chcecie poczuć lans i szpan lat 80. w PRL, to na OLX czeka Fiat 131 Mirafiori z 1980 r. Ściągnięty z Włoch błękitny samochód nie tylko zdaje się być w świetnym stanie, ale i jego cena raczej nie jest wygórowana. Wynosi 13 tys. zł. Jeśli właściciel napisał prawdę i jedyną wadą są wgniecione drzwi, to ręka mnie świerzbi żeby zadzwonić do bociana. Szkoda, że to nie DOHC, tylko niezbyt mocne Niestety, nie można mieć wszystkiego. Zrzut ekranu z ogłoszenia na OLX. Natomiast ciekawą zabawką na długie wieczory w czasach epidemii może być wanna, czyli Fiat 1500. To ojciec polskiego 125p, którego da się częściowo kundlić krajowymi podzespołami. Na sprzedaż jest jeden egzemplarz za niecałe 9 tys. zł, niestety do remontu. Powiedzmy to sobie wprost – akurat tu nie ma mowy o okazji, więc warto poczekać aż stanieje. Może w międzyczasie właściciel zdejmie go łaskawie z lawety i zrobi lepsze zdjęcia. Zwłaszcza że to auto od dawna było użytkowane w kraju, ma czarne blachy i zapewne ciekawą historię. O ile oczywiście obecny właściciel nie zachował się jak typowy handlarz i nie zlekceważył kwestii przekazania dalej archiwalnych dokumentów i opowieści o sprzedawanym Fiacie. Sam samochód na pierwszy rzut oka zdaje się być niezłą bazą do obudowy. Fiaty bezużyteczne, ale ciekawe. Skoro i tak przeglądamy klasyki, czyli pojazdy, które z definicji raczej nie mają praktycznego zastosowania, to można pokusić się o coś bardziej radykalnego niż zwykły sedan. Może to być np. Fiat Ritmo kabriolet z 1986 r. za 10 tys. zł. Podobno nie jest skorodowany, co w przypadku tego modelu należy uznać za dużą zaletę. Podobno wszystko działa, a wymiany wymaga tylko miękki dach. Niestety, ten model nie cieszy się u nas zbyt dużym respektem, pomimo tego, że uwieczniono go w tekście kultowego numeru „W aucie”. Można więc zastanawiać się, czy 10 tys. zł to nie za dużo. Szybkie spojrzenie na wskazuje, że zakup podobnego egzemplarza w tej cenie może być bardzo trudny lub niewykonalny. I to zakładając otwarte granice, a to raczej wybieganie w dość daleką przyszłość. Także jeśli chcemy sprawdzić jakie są te legendarne tylne siedzenia w Ritmo jednocześnie ciesząc się polską wiosną, to póki co nie mamy wielkiego wyboru. Na odważniejszych czekają Fiaty X 1/9 z silnikiem umieszczonym centralnie. Nigdy nie słyszeliście o tym aucie? Nie szkodzi, i tak da się je kupić w Polsce. Co ciekawe, porównując z trzeba stwierdzić, że ceny są całkiem atrakcyjne. Można nawet wybierać. Jeśli wolicie klasyczny wygląd, to za 27,5 tys. zł na nowego właściciela czeka bardzo ładny egzemplarz z 1982 r. W tak lekkim nadwoziu motor o mocy 85 KM zupełnie wystarczy, by dobrze bawić się za kierownicą. Nie trzeba nawet łamać przepisów by poczuć przypływ adrenaliny. Jeśli wolicie nieco bardziej kontrowersyjny design, to za 28 tys. zł można kupić X 1/9 z pakietem Dallara. Kanarkowy żółty i dość bezczelne poszerzenia nie każdemu muszą się podobać, ale na pewno nikogo nie pozostawią obojętnym. To auto też przynajmniej w teorii zdaje się być godne uwagi. Zrzut ekranu z ogłoszenia na OtoMoto. Szykujemy się na wakacje z klasykiem w 2021 r. – Fiat Ducato kamper i inne cuda Nie oszukujmy się, wszystko wskazuje, że w tegoroczne wakacje wyjedziemy co najwyżej na Costa del Hol, ewentualnie do San Balcon. Jeśli chcemy cokolwiek planować na poważnie, to raczej w 2021 r. Choć to też dość optymistyczny wariant. Brzmi strasznie? Nie do końca. Brak wakacyjnych wyjazdów oznacza wysyp kamperów w dobrych cenach. Nie to żebym był fanem tego rodzaju podróżowania, ale trudno nie dostrzec tendencji rynkowej. Jeśli jednocześnie lubicie mobilne domy i włoskie klasyki, to aktualnie możecie przebierać w ofertach. Ludziom posypały się plany, więc zaczęła się wyprzedaż. Na majsterkowiczów lubiących wyzwania czeka 9-miejscowy Fiat 1100 T za 28,5 tys. zł. Niby to niemała kwota, ale chwała po pojechaniu na wakacje tak rzadkim sprzętem będzie wieczna. Do 2021 r. zostało jeszcze dużo czasu. Powinno wystarczyć, by poskładać samemu zabudowę mieszkalną na pace i naprawić wszystkie usterki. Jeśli wierzyć właścicielowi bus nie wymaga interwencji blacharza, więc odpada najgorszy rodzaj prac. Zrzut ekranu z ogłoszenia na OLX. Jeśli jednak nie jesteście fanami dłubania w garażu i wolicie po prostu kupić klasycznego kampera, to czeka na was szereg Ducato z końca lat 80 z wysokoprężnymi silnikami o pojemności 2,5 l. Tu już nie będę nawet udawał, że się znam. Wszystkie wyglądają dobrze, ale nie mam pojęcia, który jest lepszy. Do tego trzeba się znać na zabudowach i wyposażeniu kamperów. Wiem tylko, że lekko zmechaconego, ale rokującego z 1989 r. można dostać już za 14,5 tys. zł. Jeśli on wam nie podpasuje, to zawsze są kolejne ciekawe propozycje za 19,5 tys. zł oraz niecałe 24 tys. zł. Ja najchętniej kupiłbym wariant najdroższy, za 25 tys. zł, ale tylko ze względu na jego brązowo-beżowe malowanie. Nie wiem na co się zwraca uwagę w kamperach. Pomaluj mój świat farbami do płotu. Na koniec kategoria, która mnie najmniej rusza, ale należą do niej najbardziej udane i popularne konstrukcje koncernu z Turynu. Oczywiście chodzi o auta małe i miejskie. Z wyłączeniem modeli 500 i 126, bo to tak nudny i oczywisty wybór jak kolejne W124, Mustang albo Polonez. Zacznijmy od mojego faworyta, czyli Fiata 850. To taki nieco powiększony i mocniejszy model 600. W Polsce za 6,2 tys. zł można kupić egzemplarz z 1968 r., który sądząc po pajęczynach na podłodze długo stał. Mimo to ma nieźle zachowane podwozie i wnętrze. Lakier natomiast to efekt fantazji poprzedniego właściciela. Ja bym go zostawił tak jak jest, może nie wygląda za pięknie, ale mnie bawi. Zapewne przez długi postój wymaga sporego serwisu, ale cena nie jest wygórowana. Szkoda tylko, że trafił do komisu zajmującego się dużo nowszymi autami – prawdopodobnie sprzedawca nie będzie w stanie powiedzieć zbyt wiele o tym Fiacie. Zrzut ekranu z ogłoszenia na OtoMoto. Jedna dobra cena i dwie średnie. Kolejna ciekawa propozycja to 128 kombi. Wyprodukowany w 1972 r. wóz kosztuje zaledwie 7,2 tys. zł. Co prawda większość osób uzna go za jakąś dziwną Zastavę, ale trudno będzie spotkać takiego drugiego na spocie czy innej imprezie. Stan auta pozornie wydaje się być całkiem dobry, ale właściciel zaznacza, że to auto do remontu. Pytanie tylko jakiego. Czy chodzi o poprawki porwanego wnętrza i naprawy mechaniki, czy też „blacharka w stanie dobrym” oznacza konieczność rozległych interwencji blacharskich? Trudno powiedzieć bez oględzin. Ostatnie dwie propozycje to Pandy. Wahałem się, czy je dodawać, bo zwyczajnie nie są jakoś specjalnie tanie. Zwłaszcza ta z napędem na jedną oś. Niemal 5 tys. zł za zwykłą Pandę I z 1990 r. to wygórowana cena. Ciekawsze wydaje się ta z napędem 4×4. Kosztuje aż 12,5 tys. zł, ale podobno jest w pełni sprawna i zdrowa. Mam tylko nadzieję, że fotele są po prostu zasłonięte pokrowcami, a nie obszyte materiałem typu „chciałbym być żołnierzem”. Pozostaje też pytanie czy późny egzemplarz z 1996 r. naprawdę jest wart 12,5 tys. zł. Mam poważne wątpliwości co do tej kwestii. Zrzut ekranu z ogłoszenia na OLX. To by było na tyle. Nie wiem czy ten przegląd do czegokolwiek wam się przyda. Pewnie nie, kiedy w oczy zaglądają masowe zwolnienia i kryzys mało kto myśli o kupowaniu klasyków. Nawet jeśli znajdą się śmiałkowie, to ograniczenia związane ze stanem epidemii skutecznie utrudniają lub uniemożliwiają przeprowadzanie transakcji. Trudno, nawet jeśli ten wpis nie ma sensu praktycznego, to mam nadzieję, że przynajmniej dostarczył wam odrobinę rozrywki w postaci oglądania ogłoszeń ze starymi Fiatami. Wiem, że tak jak ja lubicie kupować auta oczami, statystyki klików nie kłamią. Legenda głosi, że jedne z najpopularniejszych zabawek świata powstały właściwie przypadkiem. Trudno to wykluczyć, bo większość z dobrych rzeczy na tym świecie zawdzięczamy właśnie przypadkowi. W roku 1953 córka współwłaściciela firmy Lesney, Jacka Odella, otrzymała zakaz przynoszenia do szkoły zabawek – no chyba, że mieszczących się w pudełku po zapałkach. Firma Lesney produkowała metalowe zabawki już od kilku lat, od roku 1947. Żadna z nich jednak nie zmieściłaby się do rzeczonego pudełka. Inżynier Odell przeskalował więc plany walca drogowego, który akurat produkowano, i na ich podstawie wykonał małą wersję, która do pudełka zapałek się mieściła. Mały walec przyniesiony przez pannę Odell spodobał się wszystkim dzieciom, zaradny tatuś postanowił więc pogadać ze wspólnikami. I tak właśnie powstały Matchboxy. Poza nazwą dosłowność wyrażała się w wielkości i kolorystyce pudełek, jako żywo przypominających ówczesne angielskie pudełka zapałek. Pierwsze zabawki oczywiście nie przypominały w niczym dzisiejszych, na serię składały się wspomniany już walec drogowy, wywrotka, betoniarka i ciągnik. Wszystkie były mniejszymi wersjami zabawek produkowanych przez Lesneya. Wykonywano je ze specjalnie opracowanego stopu zwanego Zamac, czyli 94% cynku, 4% aluminium i 1% magnezu. Odlewy z czystego cynku, używane przez konkurencję od czasów przedwojennych, miały wiele wad i potrafiły pękać na kawałki. Koła początkowo także odlewano z metalu, lżejsze – plastikowe – pojawiły się w roku 1958. Powiedzmy szczerze – z dzisiejszego punktu widzenia pierwsze Matchboxy były toporne, wręcz prymitywne. Ledwo przypominające pierwowzór odlewy karoserii, pozbawione oszklenia i wnętrza trudno nazwać dokładnymi kopiami. Jednak w miarę rozwoju technologii – i pod wpływem konkurencji – w latach sześćdziesiątych samochodziki zaczęły się zmieniać. Pojawiły się plastikowe szyby i wnętrza – początkowo formowane próżniowo, później (i aż do dzisiaj) produkowane metodą wysokociśnieniowego wtrysku. Poprawiła się jakość lakieru, papierowe naklejki zastąpiono kalkomaniami lub sitodrukiem, standardem stały się otwierane drzwi i klapy. Prawdziwa rewolucja nadeszła jednak w roku 1970 wraz z wprowadzeniem serii „Superfast”. Grube osie zastąpiono w niej cieniutkimi, a wąskie koła szerokimi „slickami”. Opracowano także „zawieszenie” w postaci elastycznej blaszki mocującej ośki do podwozia. Te autka naprawdę były szybkie, dobrze trzymały się podłoża, a dzięki zawieszeniu realistycznie uginały się pod naciskiem. Lesney błyskawicznie rozbudował też serię akcesoriów – torów wyścigowych, garaży, stacji benzynowych itd. Na podłodze można było więc stworzyć całe samochodowe miasteczko. Rozwijano też inne serie modelików – największą popularnością cieszyły się „Models of Yesteryear”, czyli samochody zabytkowe z początków XX wieku, większe od zwykłych Matchboxów i trochę staranniej wykonane. Lata siedemdziesiąte były więc dekadą sukcesu, ale tylko pozornie – ogromna sprzedaż nie przełożyła się na zyski z powodu przeinwestowania i ogólnie nienajlepszej koniunktury. Marnym pocieszeniem był fakt, że najwięksi konkurenci też nieźle ucierpieli. W czerwcu 1982 roku Lesney ogłosił bankructwo. Firmę przejęła azjatycka korporacja Universal Toys przenosząc większość produkcji do fabryki w Makao, a następnie w Szanghaju i Hong Kongu. Ostatecznie w roku 1997 Matchbox przeszedł w ręce największego dotychczas rywala, amerykańskiego Mattela, czyli producenta równie popularnej serii Hot Wheels. Amerykanie wpadli na świetny pomysł „powrotu do korzeni”, podnieśli jednak znacznie jakość wykonania. Dzisiaj, kiedy w każdym dużym sklepie stoi wielki pudło z kompletną serią Matchboxa, możemy tylko powspominać dawne czasy, gdy w PRL zabawki z Zachodu „zdobywało się” w Pewexie albo w komisie. Posiadanie kolekcji Matchboxów w liczbie powyżej 10 dawało ogromny szacunek w szkole, a handel wymienny kwitł na dużą skalę. A Matchbox to tylko część – ważna, ale jednak tylko część – całej historii małych samochodzików. O innych kultowych seriach opowiemy przy następnej okazji. Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: internet. Więcej o modelach samochodów przeczytacie tutaj Jeśli podoba Ci się Overdrive i to co robimy, to możesz nas wspierać za pośrednictwem serwisu PATRONITE. Uzyskasz dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji. Dla wspierających fanów przewidujemy między innymi: dostęp do zamkniętej grupy na facebooku, własny blog na naszej stronie, gadżety, możliwość spotkania z naszą redakcją, uczestniczenie w testach. Zapraszamy zatem na nasz profil na PATRONITE. To zdjęcie zostało wykonane… hangarem. Naprawdę. Przy projekcie pracowało sześciu fotografów i setka wolontariuszy. Jako że hangar jest dość mało mobilnym aparatem, fotografowie nie mieli zbyt dużej swobody kadrowania. Uwiecznili krajobraz roztaczający się przed budynkiem, a więc bazę wojskową z wieżą lotów i budynkami lotniska. W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć kalkulatora. Tak, kalkulatorem też można fotografować. Nie każdym, ale bez trudu znajdziemy „szpiegowski gadżet” w postaci kalkulatora wyposażonego w miniaturowy aparat. Takie zabawki – bo trudno określić je innym mianem – powstały głównie dla żartu, jako fizyczna odpowiedź na internetowe memy. Jest jednak taki produkt i można z niego skorzystać. Fotografowanie okularami? A może okiem? Jednym z najciekawszych przykładów niecodziennych aparatów są okulary Snap Spectacles, które są wyposażone w cyfrową kamerkę. Można przy jej pomocy robić zdjęcia i filmy i umieszczać je na Snapchacie. Ciekawostką jest okrągłe pole widzenia, dzięki któremu możemy oglądać inny wycinek kadru w zależności od tego, jak trzymamy smartfona. Zdjęcia i filmy nagrywane… okularami. Tak, to już jest możliwe. Spectacles zbliżają nas do wizji, w której fotografujemy dokładnie to, co widzimy. Są jednak projekty, które idą jeszcze dalej. Są już projekty inteligentnych soczewek kontaktowych, które są wyposażone w aparat obsługiwany poprzez sekwencje mrugnięć. Brzmi to bardzo futurystycznie i dość przerażająco, ale jestem pewien, że prędzej czy później to rozwiązanie trafi na rynek. Aparatem może też zostać samochód. Barbara Davidson, trzykrotna laureatka Nagrody Pulitzera, zdobywczyni Nagrody Emmy i była fotograf gazety Los Angeles Times, wykorzystała zestaw kamer pokładowych w nowym Volvo XC60 do stworzenia kolekcji fotografii. Efektem są czarno-białe zdjęcia uliczne, z których część jest bardzo zaskakująca. Zdjęcie można zrobić nawet… samochodem. Kamery instalowane w samochodach są z nami od lat, ale ich powstaniu nie przyświecał bynajmniej artystyczny cel. Dlaczego powstały takie kamery i co potrafią w 2017 roku? Tutaj oddaję głos do studia, do Piotrka Baryckiego. Po co w ogóle kamera w samochodzie? Rzeczywiście, nie do robienia zdjęć. Jakkolwiek te nie byłyby wyjątkowe, kamery w samochodzie mają zupełnie inny cel – obserwować, monitorować i wychwytywać to, czego kierowca może w trakcie jazdy nie zauważyć. Nowe XC60 faktycznie w odpowiednich rękach mogłoby być świetnym aparatem, podobnie jak i inne współczesne samochody wyposażone w takie rozwiązania. Ale tutaj wyścig na megapiksele czy jakość obrazu ma dać nam nie tyle piękny obrazek, co podnieść poziom bezpieczeństwa. Spójrzmy tylko na to, w jakich sytuacjach taka samochodowa kamera jest wykorzystywana. W przypadku XC60 w oparciu o pochodzące z niej dane funkcjonują w całości lub cześciowo takie systemy jak adaptacyjny tempomat, system utrzymania pasa ruchu, system monitorowania zmęczenia kierowcy, Pilot Assist (częściowo zautomatyzowana jazda), City Safety (zbiór systemów bezpieczeństwa), rozpoznawanie znaków drogowych i automatyczne włączanie oraz wyłączanie świateł drogowych. Bez kamery na pokładzie Elon Musk nie mógłby mówić o autonomicznej przyszłości Tesli, a my nie moglibyśmy Mercedesem klasy E, BMW serii 5 czy Volvo S90 jeździć bez trzymanki. Niektórzy producenci idą nawet o krok dalej. Mercedes czy BMW w swoich sztandarowych limuzynach oferują jako opcję cały zestaw kamer, w tym kamerę termowizyjną. Ta wykrywa źródła ciepła na drodze przed nami, po czym dodatkowo oznacza je na ekranie. Zresztą wystarczy przyjrzeć się pierwszemu lepszemu nowemu samochodowi, żeby przekonać się, że kamery na dobre zawitały na ich pokładach. Jedną przeważnie znajdziemy z tyłu, gdzie ma pomagać nam podczas cofania. Dwie kolejne możemy znaleźć w niektórych modelach pod lusterkami – monitorują one tzw. martwe pola, pomagając nam przy zmianie pasa. Tak, pod tym lusterkiem też kryje się kamera. Dobrze wyposażony pojazd ma więc współcześnie więcej kamer, niż niejeden profesjonalny filmowiec. Kamera w samochodzie może rozpoznawać nie tylko inne samochody czy linie na drodze. Wykryje rownież pieszych, rowerzystów, a także – w przypadku Volvo – duże zwierzęta. Jeśli będzie nam grozić zderzenie – auto samoczynnie się zatrzyma. Sama kamera to jednak zbyt mało, żeby sprawić, że samochód poprawnie zareaguje we wszystkich krytycznych sytuacjach. Dlatego nowe samochody wyposaża się w szereg dodatkowych czujników, zaczynając od przedniego radaru. Ten, współpracując z frontową kamerą, jest w stanie dokładnie określić odległość od obiektów znajdujących się przed nami. To w dużej mierze właśnie dzięki niemu otrzymamy powiadomienie np. o tym, że zbliżany się do poprzedzającego samochodu ze zbyt dużą prędkością. Być może jednak niedługo czujnik radarowy będziemy uznawać za przeżytek. Najnowsza limuzyna Audi, model A8, zamiast niego wyposażona została w czujnik laserowy. I choć z naszych przejazdów częściowo autonomicznymi samochodami wynika, że już sam radar spisuje się dobrze, zalety lasera – takie jak np. niewrażliwość na warunki pogodowe – zdają się przemawiać na jego korzyść. Niektóre samochody, takie jak Mercedes klasy E czy nowe XC60, w przypadku gdy system uzna, że jest już zbyt późno na hamowanie, same ominą przeszkodę. Jeśli zobaczy, że na taki manewr nie ma miejsca – zacznie hamowanie wcześniej. Gdy natomiast mimowolnie zjedziemy na przeciwny pas i grozić nam będzie zderzenie czołowe, auto samo cofnie nas na właściwy tor. To oczywiście nie wszystkie czujniki, które mają za zadanie strzec naszego bezpieczeństwa. Czujniki ultradźwiękowe monitorują sytuację dookoła całego samochodu – w tym podczas wyjeżdżania tyłem z miejsc parkingowych. Jeśli będziemy chcieli zmienić pas, a ktoś znajdzie się w naszym martwy polu, na lusterku zaświeci się odpowiednie ostrzeżenie. Kamerą samochodową nie zrobimy więc na co dzień pięknych ujęć – nawet jeśli taki eksperyment udał się w przypadku Volvo XC60. Za to jest ona podstawowym elementem, dzięki któremu samochód będzie w stanie sam zatrzymać się, kiedy ktoś wbiegnie nam na drogę, ostrzec nas, kiedy grozi nam zderzenie na skrzyżowaniu, automatycznie ominąć przeszkodę, przed którą wyhamowanie byłoby niemożliwe, a także uniknąć nieprzyjemnych przygód np. przy przejazdach przez las. Stłuczki na skrzyżowaniach nie są niestety obcym widokiem. Chyba że… mamy na pokładzie kamerę z odpowiednim systemem. Czy można jeździć bez tych systemów, kamer i czujników? Oczywiście. Przez dekady bez ich pomocy poruszaliśmy się po drogach, polegając wyłącznie na zmysłach kierowcy. Niestety statystyki są nieubłagane – każdego roku w wypadkach ginie ponad 1,2 mln osób. I wielu tych śmierci można byłoby uniknąć, gdyby więcej samochodów miało te kamery, radary i czujniki…

samochód z pudełek po zapałkach